niedziela, 14 kwietnia 2013

Matka forsę wygrała

Matka nigdy nic nie wygrała. Najbardziej prawdopodobna przyczyna jest taka, że Matka nigdy w nic nie grała...
A nie - sorry - grała ze trzy razy:
pierwszy raz, bardzo dawno temu (jakoś tak zaraz po tym, jak wyginęły dinozaury, a Matka była jeszcze dzieckiem, nie matką) - kupiła los u dziwnego Pana z papugą, na dziwnym straganiku, w centrum dużego miasta (nie, nie stolicy - tego drugiego). Los trzeba było oberwać z dwóch stron, rozwinąć i zobaczyć co w środku. W środku  tego losu nie było nic, los był pusty - czyli, tak jak mówiłam, Matka (wówczas dziecko) nie wygrała nic (podwójne zaprzeczenie w tym wypadku uzasadnione, bo: "wygrała nic" brzmiałoby naiwnie).
Drugi i trzeci raz, nie tak dawno, na fali narodowego ruszenia pospolitego - Matka, jak miliony innych Polaków, ruszyła do kolektury Lotto, coby obstawić numerki celem wygrania kilkudziesięciu dużych baniek. Matce się obstawiać nie chciało - więc kupiła "chybił trafił" i oczywiście chybiła, a duże bańki trafił ktoś zupełnie inny.

A teraz, nadszedł niespodziewanie dla Matki TEN dzień - dzień, w którym Matka wygrała forsę. Z pozoru (i nie tylko) niczym się ów dzień nie różnił się od innych dni.
Matka rano wstała, ogarnęła się powierzchownie, ogarnęła powierzchownie Córkę Młodszą, ogarnęła porządnie Córkę Starszą (coby powierzchowność Matki nie wyszła na jaw w przedszkolu), odwiozła Córkę Starszą do przedszkola, wróciła, nakarmiła Córkę Młodszą, zrobiła sobie kawe i... poszła robić pranie.
Zapakowała Matka brudy Córek do pralki, otworzyła komorę dozującą, wlała płyn zmiękczający (Matka na dzieciach nie oszczędza - niech mają miękko i wygodnie, a co), wsypała proszek do przegródki na pranie wstępne, wsypała calgon (bo w końcu "dłuższe życie każdej pralki to cal-gon") i na koniec, od serca, sypnęła Matka proszek do przegródki pranie właściwe.
I już już miała Matka komorę dozującą zamknąć, gdy kąt matczynego oka zarejestrował jakąś niebieskość w ostatnio zasypanej przegródce... Zagrzebała więc Matka palcem w przegródce i wyłowiła niebieski foliowy woreczek wielkości ok 2x3cm. A w środku woreczka - piękna, okrąglutka, nówka sztuka nie śmigana - dwuzłotówka.

Tak oto Matka forsę wygrała (po fakcie Matka doczytała na opakowaniu substancji piorącej, że jest opcja iż Matka może wygrać nawet i 500zł).
Dobrze że jej ta wygrana nie przeszła koło nosa (a konkretnie nie poszła do wnętrza pralki), bo by mogło to Matkę słono kosztować...

Dwuzłotówka w oryginalnym niebieskim foliowym woreczku wisi na lodówce i przykazane jest, żeby jej nikt nie tykał.

O:

3 komentarze:

  1. Matka się nie chwali bo jeszcze jakiś zazdrośnik doniesie wiadomo jakim służbom że Matka pierze pieniądze :):)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. albo że podatku od wygranej nie zapłaciła... ;)

      Usuń
  2. Pierwszy raz stykam się z takimi sposobami na wygraną.Ciekawe, czy jest to działalność legalna względem przepisów dotyczących konkursów. Pieniądze podano cichaczem, jakby nikt nie miał się o nich dowiedzieć.

    OdpowiedzUsuń

Komentuj, na zdrowie!

AddThis