poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Nikogo tu nie ma!

Córki bawiły się wczoraj z Jaśniemężem w chowanego.
Zabawa na dłuższą metę nudna jak cholera.

Jaśniemąż liczy, Córki się chowają w pokoju Starszej, w łóżku.
Jaśniemąż udaje, że nie może znaleźć, w końcu znajduje.
Radość.

Córki liczą, Jaśniemąż chowa się w sypialni, za zasłoną.
Córki szukają, nie mogą znaleźć, "tato daj głos" mówi Córka Starsza. "No tato daj głos, bo nie możemy Cię znaleźć!". Jaśniemąż daje głos - Córki znajdują.
Radość pomieszana z lekkim fochem, bo się za dobrze tata schował.

Jaśniemąż liczy, Córki chowają się w sypialni, za zasłoną - no przecież! Taty nie mogły znaleźć, więc On ich też nie znajdzie... Proste!
Jaśniemąż znajduje Córki.
Radość pomieszana z fochem, bo jak to, "czemu nas tak szybko znalazłeś?!"

I tak w kółko i na okrągło...

Jaśniemąż liczy 10-ty raz... Córki 10-ty raz się chowają...
Jaśniemężowi już się nudzi (dlatego ja się z Córkami w chowanego nie bawię ;)))...
Kończy liczyć i zamiast szukać...

Jaśniemąż: Siaśka już?
Córka Młodsza: tiak!
Jasniemąż: a gdzie jesteście?
Córka Młodsza: tiu!!! 

I po zabawie... :D

A Matka sobie przypomniała, jak sama mając lat około 7-8, bawiła się w chowanego z koleżankami i kolegami, na podwórku wielkiego betonowego blokowiska...
Tam kryjówek było znacznie więcej, a wygrywał ten, kogo znaleziono jako ostatniego.
Matka była ambitnym dzieckiem, więc chcąc za którymś razem wygrać pokonała lęki i fobie, przesądy i zabobony i schowała się w... zsypie.
To hardcorowe pomieszczenie było zawsze owiane mgiełką tajemnicy (niesamowitość faktu, że z 11 pięter ludziska zrzucali śmieci, a one - robiąc przy tym nie mały hałas - wpadały do kontenera...) i mgiełką nieprzeciętnego smrodu. Dzieciarnia tam raczej nie wchodziła, bo w każdym momencie mogły polecieć z góry śmieci - łaaaaaaaaa!, śmierdziało - feeeeeee!, i można było spotkać Pana Żula - łaaaaaaaa!
Więc stoję ja tam sobie i słucham jak kolejno odklepują: Anię, Magdę, Michała, Julitę... itp.
W którymś momencie już wiem - WYGRAŁAM! Szukają już tylko mnie!
Długo to trwa i powoli popadać zaczynam w samozachwyt.
Napięcie rośnie.
Nagle szukający uchyla drzwi od zsypu i - nie wchodząc, bo strach przecież - wsadza lekko głowę i pyta: "Jest tam kto?".
A ja w tym samozachwycie, napięciu i poczuciu totalnej wygranej...
odpowiadam: "NIKOGO TU NIE MA"...

No cóż... Ale wygrałam :)

2 komentarze:

  1. Na chwilę obecną, siedząc w zsypie na śmieci, modliłabym się raczej o szybkie odnalezienie. ;) Cóż, dzieciństwo rządzi się innymi prawami :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na chwilę obecną to ja bym do zsypu nie weszła... :)

      Usuń

Komentuj, na zdrowie!

AddThis