wtorek, 14 kwietnia 2015

Nekrolog za życia

W życiu pewni możemy być tylko jednego - śmierci.
Cała reszta wydarzy się z większym lub mniejszym prawdopodobieństwem.

Jakość naszego życia zależy przede wszystkim (ale nie tylko i wyłącznie! - to marketingowy bełkot) od nas, od tego ile wysiłku włożymy w opracowanie planów oraz ich realizację, jaki postawimy sobie życiowy cel i... jakim modyfikacjom go poddamy przeżywając kolejne lata.

Macierzyństwo w większości wypadków 
wymusza modyfikację celów, 
otwiera oczy na całe spektrum ważnych spraw, 
które wcześniej umykały naszej uwadze
 i ustawia w dwuszeregu priorytety.

Lepiej cel zmodyfikować niż do celu dążyć po trupach, bo z trupami jest tak, że gdy ścielą się na naszej życiowej ścieżce gęsto - to w końcu zaczynają się rozkładać, wydzielać nieprzyjemny zapaszek, wypadać z szaf i generalnie ciężko spojrzeć w lustro bez lęku, bo a nóż widelec jakaś zmora rzuci się na nas z nożem lub widelcem.
Metaforycznym trupem może być człowiek, którego zdepczemy lecąc ku karierze, chwale, sławie i tak zwanemu "ęą". Metaforycznym trupem może być bliska nam osoba, której potrzeby zignorujemy wspinając się na własne szczyty. Metaforycznymi trupami mogą być uczucia, związki i relacje, które umkną naszej uwadze, gdy będziemy biec nie oglądając się za siebie i nie rozglądając na boki.
Dużo tych trupów. Za dużo.

W chmurnej i wcale nie durnej młodości wymyśliłam sobie, że będę panią menago, że zawojuję korporację, że przed 30-stką będę panią dyrektor (udało się 5 lat przed), że w ciągu kolejnych 5-ciu lat będę panią dyrektor regionalną (udało się w ciągu niecałych dwóch), że będę niezależną (wielowymiarowo) kobietą, że będę się stale rozwijać i podnosić swoje kwalifikacje, że...

A potem urodziłam dwie Córki i zmodyfikowałam cele.

Trochę wierzgałam, chwilę zajęło mi zaakceptowanie nowej sytuacji, wyhamowanie, wyciszenie i przerobienie minusów na plusy (nie wszystkich, bo nie zwykłam idealizować, nie czaruję i nie oszukuję). Uświadomiłam sobie, że nie chcę łapać za ogon kilku srok - wystarczą mi dwa wróble, których rączki trzymam w mojej garści. Złożyłam parasolkę niezależności i zaufałam, że przysięga "nie opuszczę cię aż do śmierci" pozwoli przeżyć nam życie bez przeliczania go na pieniądze i dzielenia ich na kupki: moja, twoja...

Gdy zasilę szeregi po drugiej stronie życia (jeśli takowa istnieje) - nikt nie napisze o mnie:
- była świetnym managerem (byłam, ale do tego czasu nikt nie będzie o tym pamiętał);
- wprowadziła nową jakość do zarządzania zasobami ludzkimi (mogłam);
- zrealizowała dziesiątki świetnych kampanii marketingowych (mogłam);
- świetnie wyglądała w cuchach z Zary, brzydziła się szmatami z ciucholandu i hipermarketu (eee...);
- interesowała się trendami w modzie i miała zawsze najnowszy model telefonu (taaa...)...

Pozostałe przy życiu koleżanki nie będą plotkować nad filiżanką kawusi trzymanej w trzęsących się dłoniach:
- ona to zawsze miała taki porządeczek w domu (oj nie, nie mam, ale potrafię stwarzać pozory porządeczku);
- u niej z podłogi to można było jeść (córkom się zdarza...);
- jeśli coś jej upadło - zawsze się schylała by od razu to podnieść (czasem to coś leży kilka dni zanim zostanie podniesione);
- okna to myła nie tylko przed Świętami (nigdy nie myję okien dla Jezusa, sory Boże!);
- do prania białych rzeczy zawsze dodawała sodę oczyszczoną, bo rewelacyjnie wybielała koszule męża (dodałam raz - faktycznie działa!);
- o właśnie, te koszule - zawsze mu prasowała (no nie prasuję, no!);
- u niej stale pachniało domowym ciastem (bo nawet jogurtowy zakalec pięknie pachnie!)...

Napisałam sobie nekrolog:
Odeszła kobieta szczęśliwa, matka szczęśliwych Córek, żona zadowolonego Męża, 
ukochana Córka, dobra Siostra i przyjaciółka na której można było polegać. 
Była kreatywna, dużo czytała, dużo pisała i zarażała optymizmem.


Nie żebym się gdzieś wybierała w najbliższym czasie!

Napisałam, bo to najprostsza metoda, aby uświadomić sobie do czego w życiu dążymy, co chcemy osiągnąć, co jest dla nas najważniejsze. Spróbujmy opisać siebie w dwóch zdaniach, a potem skonfrontować te dwa zdania ze swoją codziennością. Być może okaże się, że zajmujemy się pierdyliardem spraw, które do niczego nas nie prowadzą (częścią musimy się zajmować, bo take są reguły gry zwanej życiem, ale niektóre naprawdę moglibyśmy sobie odpuścić) lub wręcz przeciwnie - nie robimy nic, by osiągnąć swoje cele i zrealizować swoje marzenia.

Szczęście ma indywidualny wymiar, a ten tekst jest (wbrew wszelkim pozorom) uniwersalny.
Wśród składowych mojego szczęścia nie ma podróżowania po świecie, wypadów na zakupy do Londynu i jeżdżenia wypasioną furą. Moje szczęście to szczęśliwe córki, ból brzucha spowodowany rozbawiającym mnie do łez mężem, tydzień urlopu nad kapryśnym Bałtykiem i możliwość kupowania sobie książek. Tyle.
Twoje szczęście może mieć zupełnie inne składowe, a Twój nekrolog może wyglądać zupełnie inaczej. 


6 komentarzy:

  1. Piękne!
    Ale z tym brzydzeniem się ciuchami z ciucholandu to przesadziłaś:) Ja je uwielbiam:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też. Ale otarłam się o świat, który się brzydził tych z ciucholandu, hipermarketów i z jakichkolwiek wyprzedaży... Bo skoro jest na wyprzedaży, to znaczy że jest już niemodne, a skoro niemodne to bleh, wiadomo! ;)

      Usuń
  2. O matko.. takie to prawdziwe! Rewelacyjnie napisane.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam cały blog. Teksty z życia wzięte opisane w ciekawy sposób. Gratuluje dobrego pióra.


    Zastanawia mnie jedna rzecz. Gdzie i jakie są w tym macierzyństwie relacje synowa - teściowa - syn?


    Pozdrawiam Asia

    OdpowiedzUsuń
  4. Priorytety w życiu się zmieniają, bo albo wybieramy to, co daje nam pozycję, albo to, co daje więcej szczęścia. Kariera zawodowa to także praca dla kogoś i na kogoś, a rodzina pozostaje prywatną strefą.

    OdpowiedzUsuń

Komentuj, na zdrowie!

AddThis